Polityka monetarna Polski – cz. 5 – Oprocentowanie pieniądza

Z oprocentowaniem pieniądza jest pewien problem – każde rozwiązanie może być krytykowane.

Zasadniczo możemy mieć trzy sytuacje: oprocentowanie dodatnie, zerowe albo ujemne pieniądza.

Przy oprocentowaniu dodatnim ten, kto ma pieniądze w nadmiarze i pożycza innym, zarabia na odsetkach powstających z tegoż dodatniego oprocentowania. Wartość tego oprocentowania (np. 5%) pomnożona przez kwotę pożyczaną (np. 1 milion złotych) daje wartość odsetek (50 tysięcy złotych). Jak widać, poprzez dodatnie oprocentowanie ludzie dysponujący wielkimi pieniędzmi mogą zarabiać baaaaardzo dużo na odsetkach.

Przy oprocentowaniu ujemnym – logicznie – byłoby odwrotnie, to znaczy pożyczkobiorca po pewnym okresie oddawałby mniej niż dostał w formie pożyczki. Ten, który udzielał pożyczki, nic by z tego nie miał, a wręcz traciłby. Wniosek: pożyczanie w ogóle by się nie opłacało. Można sobie wyobrazić, że rozwinąłby się nielegalny, czarny rynek pożyczkowy, na którym istniałoby oprocentowanie dodatnie, ale to mogłoby mieć krótkie nogi (p. poniżej).

Ktoś może zadać pytanie, dlaczego człowiek, który się napracował i zarobił tak dużo, że teraz może pożyczać innym, miałby tracić na tym pożyczaniu, pomaganiu innym. To jest pytanie, które ma szerszy kontekst, bo trzeba też uwzględnić: jak zarobił tak duże pieniądze? Na lichwie? Na działalności banksterskiej? Jeżeli tak, to pytanie możemy pominąć. Ale jeżeli nie, bo wynalazł produkty, wdrożył je do produkcji, napocił się, by zorganizować fabrykę, przeszkolić ludzi, skonstruować odpowiednie maszyny itp. – to wtedy pytanie jest zasadne i odpowiedź brzmiałaby: nie powinien tracić.

Jest jeszcze jeden ważny aspekt ujemnego oprocentowania: pieniądz traciłby wartość w miarę upływu czasu, co powodowałoby, że trzymanie go w skarpecie, w sejfie czy na koncie w ogóle by się nie opłacało. Pieniądz musiałby być w ruchu, musiałby pracować dla nas, finansować realną gospodarkę, rozwój, budowanie itd. I tak też było w pewnym ciekawym eksperymencie.

Otóż w roku 1932 władze miasta Woergl w Austrii wprowadziły lokalny pieniądz o ujemnym oprocentowaniu. Mieszkańcy Woergl, aby nie tracić, szybko go wydawali, przez co pieniądz krążył dużo szybciej i napędzał rozwój gospodarczy miasta. Po roku efekt był piorunujący: podczas gdy wszędzie dookoła panowała recesja (Wielki Kryzys 1929-33), w naszym miasteczku wzrost gospodarczy wyniósł 25% !!! To nawet najlepsze lata rozwoju najszybciej rosnących gospodarek świata w ostatnich dekadach nie zbliżały się do takiej wartości! Miasteczko zyskało rozgłos w całej Europie i w 1933 roku emisariusze ok. 600-set miast europejskich przyjechali do Woergl, aby dowiedzieć się, jak to się robi… Ale banksteria i rząd położyła na tym swoją ciężką łapę i zdusiła płomyk wolności. Całość dokładnie opisuje Margrit Kennedy w książeczce “Pieniądz wolny od inflacji i odsetek” (powinna być dostępna w internecie w postaci plików PDF).

Na przykładzie tego eksperymentu widać, że oprocentowanie dodatnie wcale nie musi być lepsze niż ujemne, choć oczywiście, jedno i drugie ma swoje minusy. A co z oprocentowaniem zerowym? Czy pogodziłoby ono korzyści dodatniego z korzyściami ujemnego? Ha! To zależy od systemu prawnego i konstrukcji systemu bankowego. Gdyby go skonstruować pro-obywatelsko, a nie pro-bankstersko, to odpowiedź mogłaby brzmieć: tak.

Po pierwsze, na pieniądzu nie można by zarabiać, co jest przecież naszym postulatem: pieniądz nie ma być towarem, lecz uniwersalnym miernikiem wartości i środkiem płatniczym.

Po drugie, pożyczanie nie powodowałoby strat u pożyczkodawcy.

Po trzecie, istniałaby motywacja do szybszego wydawania pieniądza, bo żadna lokata czy “inwestycja na pieniądzu” by się nie opłacała, a zatem pieniądz krążyłby szybciej i to pobudzałoby gospodarkę.

Po czwarte, bardziej opłacałoby się rozwijać realny biznes, bo on dawałby realny zarobek, którego nie byłoby z obrotu pieniądza. To spowodowałoby, że straciłyby na atrakcyjności firemki typu “szybka kasa”, a wróciłby szacunek dla pracy, dobrego zarządzania i kreatywności przy wynajdywaniu nowych produktów i technologii.

Po piąte, nawet, gdyby istniała inflacja, bardziej opłacałoby się lokować kapitał w realne dobra (obrazy, nieruchomości, porcelana, meble itd. itp.), co tym bardziej wzmacniałoby realną gospodarkę.

Po szóste, jeżeli instytucje państwowe udzielałyby pożyczek/kredytów z zerowym oprocentowaniem, prywatne instytucje finansowe musiałyby to robić tak samo. Jedyne koszty, które ponosiłby klient-pożyczkobiorca, to byłyby tzw. opłaty manipulacyjne, które pokrywałyby koszty udzielenia pożyczki/kredytu – i tymi opłatami manipulacyjnymi banki by konkurowały.

Oczywiście, zasadniczo trzeba w tym celu zmienić otoczenie prawne, ale już zapewne zauważyłeś, Drogi Czytelniku, że dla realizacji przedstawianych tu wizji i tak trzeba by przebudować system prawny.

Nie chcę przesądzać, jaki system w szczegółach byłby lepszy – efektywniejszy, stabilniejszy, sprawiedliwszy – czy taki o zerowym oprocentowaniu, czy taki oprocentowany na minus 2 procent, czy taki na plus jeden procent. W tym celu trzeba by zbadać sprawę eksperymentalnie (jak zrobiło to miasto Woergl), dokonać symulacji i analiz, aby potem zdecydować szczegółowo. Jedno jest pewne: trzeba skończyć z lichwą i panowaniem banksterii. Zresztą, sprawdź, Czytelniku, jak to jest w krajach muzułmańskich: tam lichwa jest zakazana, jak niegdyś było także w krajach katolickich. Ponieważ chrześcijanie ani muzułmanie nie mogli uprawiać lichwy, teren ten zagospodarowali kupcy, złotnicy żydowscy. I dlatego opanowali oni z czasem sektor bankowy. I zaczęli zarabiać krocie, wyciskając z nas wszystkich mnóstwo pieniędzy poprzez lichwiarskie, wysokie odsetki. A równolegle do tego pieniądz tracił swoją pierwotną funkcję (p. odcinek “Istota pieniądza”).

Dodaj komentarz